Dobre, bo z #Bandcamp #20: #Wrapped2018. Anna von Hausswolff, Svalbard, In Love With

Nie jestem pewnie jedyną osobą, która czasem przypomina sobie, jak to było w pierwszych latach szerszej dostępności Internetu w Polsce. Powolne połączenia, oszałamiające przepustowości, kawiarenki internetowe i P2P w rodzaju eMule/eDonkey w rozkwicie, przy jednoczesnej rosnącej popularności i dostępności nagrywarek CD. A teraz? Streaming, możliwość kupowania płyt z wysyłką (kasety, winyle, CD) z najdalszych zakątków świata przez wygodne platformy typu Bandcamp. Wiem, to brzmi jak reklama, ale zapewniam, że nią nie jest i BC mi za to nie zapłacił. Nawet bym nie chciał zapłaty. Chyba, że w formie takiej pięknej karty podarunkowej

W niniejszym tekście kontynuuję bandcampowe #Wrapped2018, tym razem sięgając po szwedzki, nawiedzony, darkwave’owo-drone’owy odjazd, mocno lewicowy, emocjonalny, bristolski post-hardcore i francuski awangardowy jazz. Można słuchać, można kupić – do czego zachęcam. (A od Svalbard można nawet nabyć koszulkę z kotkiem.)

Anna von Hausswolff – Dead Magic

Anna von Hausswolff – Dead Magic (2018)

Zacznę od zupełnego końca. Najgłupszy komentarz na YouTube, jaki zobaczyłem pod jednym z nagrań, na którym von Hausswolff akompaniując sobie na organach śpiewa Funeral for my Children, to ten określający jej twórczość jako nudną, bo “niezbyt skomplikowaną”. Bo nie gra złożonych, wielowarstwowych kompozycji na organach. Nie wiem, czy to brzmi jak wyzwanie dla artystki (która jest nadal bardziej pianistką niż organistką), ale jest dowodem na ignorowanie emocji w muzyce, przedkładanie biegłości technicznej nad treść i, przede wszystkim, nieklasyczne inspiracje. Na RYM (link: https://rateyourmusic.com/release/album/anna-von-hausswolff/dead-magic/) Dead Magic zaszufladkowano jako neoclassical darkwave. Mrok? Jest. Ba, kapele black metalowe mogą się uczyć upiornej, okultystycznej atmosfery od szwedzkiej kompozytorki. Gotyk? Jest, z bardzo klasycznym instrumentem – wyżej wspomnianymi organami. Nie syntezatorem imitującym brzmienie organów kościelnych: to NAPRAWDĘ są organy kościelne, nagrane w jednej ze szwedzkich świątyń. Drobniejszą czcionką wylistowano jeszcze m.in. drone. Nie sposób uciec od skojarzeń z Sunn O))) i okolicami, nie tylko ze względu na osobę producenta i inżyniera dźwięku Randala Dunna. Długie, przetaczające się po słuchaczu jak walec frazy organowe to właściwie takie drone’y jak te gitarowe, wgniatające w ziemię i słyszalne z kilkunastu kilometrów (tak ponoć było na koncercie Sunn O))) na Off Festivalu parę lat temu). Ten minimalizm nie jest zatem wynikiem braku umiejętności autorki, a celowo użytym środkiem artystycznym. Anna von Hausswolff buduje nim złożoną atmosferę albumu, chwilami sięgając po intensywność ostatnich albumów Swans, ale i tak tworząc coś autorskiego, oryginalnego. Wciągająca, fascynująca płyta, dla mnie jedna z najważniejszych i najlepszych w tym roku.

Svalbard – It’s Hard To Have Hope

Svalbard – It’s Hard To Have Hope (2018)

Trudno jest mieć nadzieję w dzisiejszych czasach, szczególnie podzielając poglądy członków Svalbard, ale ta płyta dzieli się ze słuchaczem odrobiną tego deficytowego towaru. Mimo tego, że jej treść nie jest zbyt optymistyczna, bo bezpośrednio, bez ogródek porusza naprawdę ważne tematy (od praw pracowniczych przez prawa kobiet po przemysłową hodowlę zwierząt), a wykonanie jest dalekie od subtelności, to w muzyce bristolczyków jest coś głęboko katartycznego. Chyba każdy, kto zetknął się z tym albumem stwierdza, że to powiew świeżości w (post) hardcorze. Nikt nie bawi się tu w wyszukane metafory, jest walenie prosto z mostu w sposób, w jaki to powinno być przekazane: brutalnie, emocjonalnie, z pełnym złości krzykiem i agresywnymi riffami. Między nimi jest jednak dużo inspirowanej post-rockiem przestrzeni i chwytliwej melodyjności. Od wielu motywów z It’s hard To Have Hope trudno się uwolnić, a że jest to klasycznej długości album – nietrudno często do niego wracać. Bardzo dobra płyta. Cieszę się, że mogła się ukazać, że jest tak szczera i bezpretensjonalna.

Sylvain Darrifourcq IN LOVE WITH – Coitus Interruptus

Sylvain Darrifourcq IN LOVE WITH – Coitus Interruptus (2018)

Francuskie trio, z którym pierwszy raz zetknąłem się przy okazji Letniej Akademii Jazzu – lipcowo-sierpniowego festiwalu organizowanego w łódzkim klubie Wytwórnia. 26 lipca br. Darrifourcq z braćmi Ceccaldi zagrali wtedy przed Pianohooliganem, promując niewydany jeszcze wtedy drugi album pod szyldem In Love With. Perkusja, wiolonczela i skrzypce to niezbyt często spotykana konfiguracja w trio jazzowym, ale w przypadku tych Francuzów sprawdza się doskonale. Kompozycje Sylvaina Darrifourcq to zgodnie z zapowiedzią (i tytułem materiału…) muzyka bez „końca”: transowe repetycje, zapętlenia, nagłe zmiany dynamiki, urwane frazy. Pozorny chaos i miażdżąca, bardzo rockowa intensywność. Mimo tych poszarpanych rytmów nietrudno wczuć się w płynność muzyki, zatopić się w niej, nie analizować, a bardzo fizycznie ją odczuwać. Dzieje się na tej nieco ponad półgodzinnej płycie tyle, że starczyłoby na kilka mniej złożonych… Ze zdziwieniem i radością stwierdzam też, że wersja studyjna jest dość wiernym odwzorowaniem koncertowej energii muzyków. Trudny, ale warty uwagi i czasu album.