In Twilight’s Embrace – Vanitas (2017)

Zauważyłem, że schyłek lata i początek jesieni to w Polsce od jakiegoś czasu doskonały moment na pojawienie się na rynku wydawniczym co najmniej bardzo dobrej płyty w metalowym podziemiu. To podziemie należy oczywiście rozumieć współcześnie, internetowo (mimo skromnego renesansu kaset magnetofonowych). Dzięki promocji sieciowej linki do recenzji, streamów i klipów w okamgnieniu krążą po zainteresowanych tematem. Nie inaczej było w przypadku Vanitas, najnowszego albumu In Twilight’s Embrace.

O ITE zapewne nie usłyszałbym bez dostępu do Internetu i jako takiego zorientowania w trendach na polskiej scenie metalowej. Rzecz jasna znałem ich muzykę już wcześniej… ale nie przykuli mojego zainteresowania tak mocno, jak w ostatnich kilku-kilkunastu miesiącach: od premiery EPki Trembling do niedawno rozpoczętej promocji Vanitas. Najświeższy album, którego oficjalna premiera nakładem Arachnophobia Records już za nieco ponad dwa tygodnie (22.09.) jest określany jako najmroczniejsze dzieło poznańskiej grupy. Najlepiej zapewne byłoby porównywać ten album z The Grim Muse, poprzednim pełnowymiarowym materiałem i nietrudno się z tą tezą zgodzić. Lekka zmiana kierunku stylistycznego w kierunku intensywniej black metalowych klimatów w połączeniu z doomową atmosferą i emocjonalną, niezbyt optymistyczną warstwą liryczną wyszła jednak In Twilight’s Embrace na dobre. Nadal selektywna, smakowita produkcja nie jest pozbawiona analogowo-brudnego posmaku i czegoś w rodzaju żywego, koncertowego feelingu.

In Twilight's Embrace
In Twilight’s Embrace

Jest mrok, ciężar, blackowy trans (jak w finałowym The Great Leveller) i mnóstwo szalenie chwytliwych fragmentów. Zrobić ekstremalną płytę metalową pewnie jest łatwiej niż nagrać płytę metalową, od której nie wieje kiczem (mimo podążania za konwencjami), ale jest wypełniona melodiami. I to takimi, które zapadają w pamięć, a nie wylatują z głowy tuż po przesłuchaniu krążka. Co najmniej połowa Vanitas to takie koncertowe killery. Bardzo cieszy też fakt, że obecność dwóch gitarzystów w zespole nie oznacza odgrywania przez nich identycznych riffów przez 33 minuty: są unisona, są gitarowe „dialogi” i zabójczo melodyjne motywy (również basowe!), jak w promującym płytę As Future Evaporates, Fan the Flame czy Flesh Falls, No Ghost Lifts. Dla fanów polskich tekstów w death/black metalu jest kilka smaczków: w The Hell of Mediocrity znanym już ze streamu Decibel Magazine i w Flesh Falls, No Ghost Lifts (ten kawałek odrobinę kojarzy się z Furią – ma coś z tego dusznego, śląskiego klimatu).

Bardzo mocna płyta, gęsta od emocji i ciężkiej atmosfery, jedna z najlepszych, jakie słyszałem w tym roku.