Dobre, bo z #Bandcamp #14: synthwave

Po nieco dłuższej absencji pora na powrót cyklu bandcampowego. Kolejna przerwa nie oznacza oczywiście braku zainteresowania kolejnym miliardem muzycznych odkryć. Synthwave to jedno z nich – nurt żerujący silnie zainspirowany syntezatorową elektroniką z lat 80. XX wieku i szeroko pojętą popkulturą jednoznacznie kojarzącą się z ejtisami. Nośne melodie? Są. Kiczowate okładki? Są. Sentymentalny, ale paradoksalnie świeży klimat: jest.

W tym odcinku ograniczę się do trzech, prawdopodobnie najpopularniejszych i najciekawszych zarazem przedstawicieli niszy: Dance with the Dead, GosT i Perturbator. Na wstępie można pomyśleć, że to albo tytuły filmów, ścieżek dźwiękowych z horrorów lub w ostatnim przypadku nazwa kapeli power metalowej, ale nie – to projekty synthwave’owe. Skąd w ogóle pojawiła się ta retro moda? Jak powszechnie wiadomo trend na muzyczny sentymentalizm i mniej lub bardziej jawne nawiązywanie do lat 80. w popkulturze trwa już od dłuższego czasu, a od kilku lat jakby zyskał na intensywności. Jedni mówią, że zaczęło się od soundtracku (2011, Cliff Martinez) do Cliff Martinez - Drive OSTfilmu Drive Nicolasa Windinga Refna, inni wskazują na początek nowego-starego stylu w albumie Outrun francuskiego producenta o pseudonimie Kavinsky (Nightcall z tej płyty pojawia się we wspomnianym filmie). O ile tamta płyta (poza paroma momentami) niespecjalnie porywała, to albumy artystów, którzy podchwycili najciekawsze elementy i rozszerzyli stylistykę o inspiracje rockowe, filmowe i nawiązania do gier wideo potrafią wciągnąć. Te płyty niejednokrotnie na swój sposób fascynują: bronią się świadomym przegięciem w kierunku brokatowego kiczu, przełamanego mrokiem i agresją. Bywa, że płyną w stronę naleciałości industrialowych, nie brakuje wpływów heavy metalu, a łączy ich hipsterska niszowość. Umówmy się, to nie jest muzyka katowana przez stacje radiowe. Przy tym warto jednak zaznaczyć, że te płyty stanowią całkiem sensowną i dobrą alternatywę dla najświeższych, przemielonych przez producentów odmian EDM. Jest w tym jakaś dusza – nawet, jeśli to tylko zabawa konwencją i to wciąż czysta rozrywka.

Na początek zatem dwie płyty od fińskiego labelu Blood Music, wydającego tak różnorodną muzykę, że zestawienie ukazujących się pod tym szyldem wydawnictw najlepiej opisywałby ten gif.

mozg

W dużym skrócie: od eksperymentów przez synthwave po techniczny death metal. W niniejszym tekście zajmiemy się tą retro-elektroniczną niszą w działalności wydawniczej wytwórni – dwóch artystów z trzech, których albumy chcę tu pokazać, powierzyło jej losy swoich dzieł.

PerturbatorThe Uncanny Valley (2016)

Perturbator - The Uncanny ValleyCyberpunkowy mrok, klimaty bliskie cyfrowego romantyzmu z Blade Runnera i najbardziej urozmaicone, rozbudowane kompozycje wśród aktualnej synthwave’owej czołówki. Filmowa atmosfera, interesująco budowana dramaturgia i nawet momenty piosenkowe – trzy z trzynastu utworów składających się na ponad godzinny album Jamesa Perturbatora Kenta zostały nagrane z gościnnym udziałem wokalistek. Szczególnie Venger ma jakiś potencjał singlowy, choć jednak lepiej słuchać płyty w całości. Może tylko odrobinę bym ją skrócił.

GosTNon Paradisi (2016)

GosT - Non ParadisiAutora Non Paradisi, Jamesa Lollara, łączy z Perturbatorem kilka rzeczy: wytwórnia, głos Hayley Stewart i inspiracje filmowe. Muzyce GosT jednak bliżej do soundtracków z horrorów niż obrazów sci-fi. W dodatku więcej tu wpływów house – tak specyficzny miks stylistyczny mógł się nie udać, ale jak się okazuje, dało się na takich podstawach zrobić całkiem spójną i ciekawą płytę. Chropowate, gęste brzmienie syntezatorów i quasi-symfoniczne, upiorne fragmenty w połączeniu z tanecznymi rytmami budują frapującą atmosferę.

Dance with the DeadThe Shape (2016)

Dance with the Dead - The ShapeNa koniec jeszcze płyta wydana własnym sumptem przez duet Justin Pointer i Tony Kim. Pierwszy z nich to producent, drugi zajmuje się gitarami w Dance with the Dead. Efekt to zdecydowanie najbardziej rockowa propozycja z trzech albumów, o których tutaj wspominam. Obok inspiracji horrorwave i electrohouse są więc również wpływy heavy/glam metalu z melodyką lat 80. O ile cały nurt synthwave’owy z racji mrocznej atmosfery i nawiązań do muzyki gitarowej mocno trafia do metalowców, tak Dance with the Dead prawdopodobnie są ulubieńcami publiczności preferującej cięższe brzmienia.