Andrzej Citowicz – In Time (2016)

Kilka dni temu ukazał się trzeci album Andrzeja Citowicza – polskiego gitarzysty mieszkającego w Kairze. Egzotyczne połączenie, ale muzyka sięgająca do różnorodnej gitarowej tradycji. In Time to kawał świetnie zagranego materiału, o którym na pewno nie można powiedzieć, że powstał po dłuższej przerwie w graniu I komponowaniu.

Charakterystyczne brzmienie Fenderów i rozpoznawalny styl to główne cechy wyróżniające album Andrzeja – bo, nie ukrywajmy, instrumentalnych płyt gitarowych można zebrać z całego świata tyle, że nie starczyłoby życia na przesłuchanie wszystkich. In Time to przyjemna, niezobowiązująca i zarazem wciągająca podróż przez wiele inspiracji i fascynacji muzyka – shred w stylu Satrianiego czy Van Halena, melodyjny, amerykański hard rock w stylu Bon Jovi i okolic, blues. Tradycyjnie rockową motorykę współtworzą riffy gitarowe i sekcja rytmiczna Patryka Szymańskiego (bas) i Dirka Arnicke (perkusja).

Główną postacią jest jednak oczywiście sam Andrzej Citowicz – to solowa płyta gitarzysty, która jednak ma bardzo duże szanse spodobać się ludziom, którzy nie słuchają solowych płyt gitarzystów. Umówmy się, to najczęściej albumy dla zapaleńców zdolnych wychwytywać najdrobniejsze techniczne smaczki w detalach każdej sekundy muzyki. Na In Time za to jest tak dużo dobrych melodii w połączeniu ze sprawnym graniem, że chyba szkoda czasu na analizowanie techniki i lepiej skupić się na tym, że to po prostu fajny materiał. Dużo groove’u napędzającego chwytliwe riffy, których styl znam od kilkunastu lat – bo tak długo mniej więcej, o ile mnie pamięć nie myli, kojarzę artystyczną aktywność Andrzeja w Sieci. Obok tych dynamicznych fragmentów, które zdominowały krążek, znalazło się też wiele przestrzennych, klimatycznych momentów, jak w pięknym Silver Sail.

In TimeCałość została utrzymana w klimacie profesjonalnego DIY – to może oczywiście miejscami drażnić, ale takie podejście ma sens i współtworzy przyjemny klimat. Co najważniejsze: nie czuć, że brakuje tu partii wokalnych. Gitary opowiadają całą “historię”, która mogłaby zostać przekazana w wyśpiewanych tekstach. Po tych niecałych trzech kwadransach z In Time czuję lekki niedosyt, ale to też najlepsza cecha płyt o klasycznej, longplayowej długości.

O In Time wiedziałem mniej więcej od roku i wiedziałem, że jest na co czekać. Teraz wiem to tym bardziej – warto było wypatrywać tego materiału. Z przyjemnością będę do niego wracał, za co dziękuję Autorowi.