#ThursdayThrowback: Ampacity – Encounter One (2013)

Macie czasem ochotę przenieść się w czasie o kilka dekad? Ja mam. Może to trywialne, ale nierzadko mówi się przecież, że w latach 70-tych powstało najwięcej wspaniałej muzyki rockowej, która przetarła ścieżki tuzinom kapel powstałych na przestrzeni następnych 40 lat. Końcówka lat 60-tych i początek 70-tych to masa świetnych albumów psychodelicznych, a w ciągu kolejnych 10 lat ukazało się jeszcze więcej kultowych albumów hard rockowych, prog rockowych, a nawet dokonała się punkowa rewolucja. Na szczęście od czasu do czasu w XXI wieku pojawiają się zespoły, których muzyka, przynajmniej w jakiś emocjonalny sposób, pomaga uskutecznić osobistą podróż w czasie. Ampacity to jedna z takich grup.

Debiutancka płyta trójmiejskiego kwintetu ukazała się pod koniec marca 2013 i od premiery dostępna jest do przesłuchania na bandcampowym profilu zespołu. Na tym właściwie kończy się „nowoczesność” tego materiału. Reszta to już dosłowny odlot w kierunku korzeni (i nie tylko) szeroko pojętej ciężkiej muzyki gitarowej.

Cały album to raptem trzy kompozycje, 42 minuty muzyki – czyli klasyczna długość longplaya. Trzasków winylowego krążka brak, za to jest niczym nieskrępowana, potężna energia, wylewająca się z każdego dźwięku. Jest brudno, psychodelicznie, stonerowo, a w ogromnym skrócie – hardrockowo. To kawał solidnego, trochę niedzisiejszego grania, w dużej mierze instrumentalnego. Niedzisiejszego także z powodu niemalże wzorcowej spójności. Najlepiej zatem tych 40-kilku minut słuchać od pierwszych, jazgotliwych dźwięków gitary elektrycznej w Ultima Hombre do ostatnich taktów 19-minutowego Masters of Earth.

Receptura, według której powstała muzyka na Encounter One jest pozornie prosta. Dwie gitary elektryczne, gitara basowa, bębny i instrumenty klawiszowe: syntezator, organy Hammonda, pianino elektryczne i odrobina wokalu. Zupełny brak oryginalności, można by powiedzieć… ale kluczem do tego albumu jest to, jak te standardowe składniki zostały wymieszane. Dużo o tym mówi już pierwsza kompozycja, Ultima Hombre – mnóstwo gitarowego hałasu przechodzącego w klasycznie hard rockowe riffy, podbijane analogowymi brzmieniami instrumentów klawiszowych. Mimo tego, że utwór ma 13 minut, nie nudzi ani przez chwilę – głównie przez wrażenie słuchania zupełnie spontanicznego, lekko improwizowanego grania, wyzwolonego ze sztywnych ram formy piosenkowej.

Asimov’s Sideburns to ukłon w stronę psychodelii i space rocka. To niemal 10 minut zdominowanych przez majestatyczne pejzaże klawiszowe, do których stopniowo dołączają dźwięki gitar. Z początku są delikatne, przestrzenne, transowo zapętlone, by ostatecznie ulec maksymalnemu zagęszczeniu i brutalnie uderzyć brudnym, stonerowym brzmieniem, które wynika zapewne z inspiracji twórczością takich legend, jak na przykład Kyuss. Można zatem ten kawałek streścić kilkoma słowami: kosmos i pustynia w jednym.

Najdłuższy na krążku Masters of Earth to 19-minutowy kolos, prawdziwie monumentalny, progresywny, urzekający sposobem, w jaki skonstruowano jego dramaturgię. W tym utworze pierwszy raz słychać również głos wokalisty zespołu, Jana Galbasa – najpierw śpiewającego konkretny tekst, a później wtapiającego się w ścianę dźwięku rozmywanymi przez efekty wokalizami. W tej kompozycji jest właściwie wszystko, co najlepsze w dwóch poprzednich, za to jest w niej jeszcze więcej swobody, psychodelicznych improwizacji, wgniatających w fotel, ciężkich, gitarowych riffów i melodyjnych solówek. Jeszcze lepiej brzmią tu też organy Hammonda, nadające utworowi niepowtarzalny klimat rodem z lat 70-tych.

Wśród kapel retro rockowych, których namnożyło się w ostatnich kilku-kilkunastu latach Ampacity to jedna z jaśniejszych gwiazd. Swój status grupa potwierdziła zeszłorocznym Superluminal – co najmniej tak dobrym krążkiem od Encounter One.

Dla tęskniących za latami 70. XX wieku, ale i poszukujących analogowych, space rockowych odjazdów w wersji współczesnej obydwa albumy Ampacity to jazda obowiązkowa.