Piosenki autorskie – koncertowo: King Dude, Michael Gira, Julia Marcell, Rykarda Parasol

Cztery koncerty, dwa miesiące – każdy zupełnie różny od pozostałych, ale też wszystkie z motywem przewodnim. Mniej lub bardziej kameralne i pod niezwykle szeroką etykietką singer-songwriter. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu tzw. piosenka autorska (pozwolę sobie na polską wersję określenia) przeżywa swój renesans.

Słuchacze najwyraźniej lubią klimat mniej lub bardziej DIY, a na pewno cenią autorów piosenek (tak, ważne – piosenek, standardowych czy może lekko odstających od schematu), w tym przede wszystkim słów do nich, którzy sami wykonują swoje dzieła. We własnej, często najlepszej interpretacji. Pora na mikroreminiscencję – tak się złożyło, że ostatnio często bywam na koncertach singer-songwriters.

W marcu w ramach Before Asymmetry 2016 wystąpiła jedna z gwiazd ubiegłorocznej edycji wrocławskiego święta alternatywy (ale takiej bardziej alternatywnej od openerowych klimatów i bardziej niszowej od Off Festivalu) – King Dude. Tym razem w wydaniu mniej songwriterskim, a bardziej zespołowym – tak zresztą przedstawił siebie i kompanów. Poprzednio był sam, w towarzystwie gitary akustycznej i butelki wina, prawie trzy miesiące temu – z towarzyszeniem drugiego gitarzysty i perkusisty. Zdecydowanie rockowa odsłona muzyki TJ Cowgilla, miejscami agresywna i trochę noise’owo bałaganiarska (w czym na pewno pomogła whiskey, regularnie spożywana po każdym utworze). Było więc Lucifer’s the Light of the World, ale też Fear is All You Know z mocnym, rzężącym riffem. Szczerze mówiąc trochę się zawiodłem, spodziewałem się w 100% akustycznego, kameralnego występu… Ale nie ma tego złego – ostatecznie TJ był w miarę trzeźwy, a i support był co najmniej przyzwoity. Sympatyczny, łatwo nawiązujący kontakt z publicznością Ukrainiec Sasha Boole potrafił zachwycić historiami opowiadanymi w piosenkach i między nimi.

Początek kwietnia to dwa wieczory z Michaelem Girą – kontrowersyjnym ostatnio liderem amerykańskiej legendy rockowej awangardy, grupy Swans. Na jeden z nich udało mi się załapać jeszcze przed wyprzedaniem biletów (co było do przewidzenia). Wprawdzie warszawska klubokawiarnia Pardon, To Tu nie pękała w szwach (ok, może troszkę – sporo osób stało) 4 kwietnia, ale przynajmniej było cicho, kameralnie i na swój sposób intymnie. W klimat poniedziałkowego wieczoru wprowadził zgromadzonych słuchaczy kolega Giry ze Swansów, Christoph Hahn. Artysta wykonał szereg utworów autorskich i coverów, przy czym najlepiej wypadały zahaczające o swansowy noise kompozycje grane na gitarze lap steel. Imponujące budowanie kolejnych warstw gitarowego hałasu. Gira za to wystąpił w pełni akustycznie, a w programie swojego występu zawarł głównie piosenki z solowych wydawnictw – neofolkowe, mroczne, stylowe kawałki, wyśpiewane charakterystycznym głosem, rozpoznawalnym mimo ascetycznych aranżacji i zminimalizowanego zestawu środków ekspresji i brzmień. Nerwowość, repetytywność i coś na kształt melancholijnej frustracji również nie pozostawały wątpliwości, że na scenie występuje TEN Gira. Bardzo dobry koncert, swoją drogą jeden z niewielu, na których mogłem zobaczyć tak skupioną na muzyce publiczność – każdemu artyście życzyłbym tak bezproblemowej widowni.

Julia Marcell w trasie promującej nowy, w pełni polskojęzyczny i do bólu autorski album – publicystyczną, ale też trochę ironiczno-gorzką obserwację współczesnego świata, w którym relacjami międzyludzkimi rządzą social media, konsumpcjonizm i korporacje zabijają indywidualność, a ludzie są bardziej samotni niż byli wcześniej (patrz: Andrew). Popowo, ale z celowym przerysowaniem i nienachalną chwytliwością. Czasem może wydawać się, że polskie teksty zgrzytają, ale to też wydaje się być przyjętą konwencją. Bardzo… rozrywkowy, odprężający koncert, choć nie spodziewałem się aż tak sztywnej publiczności. I w końcu mam autograf(y) Marcell i jej zespołu. (Dawno nie byłem tak onieśmielony przy artyście, może następnym razem zamienię z Julią więcej zdań.)

Rykarda Parasol – dla mnie już po raz drugi, za to pierwszy w tak dziwnie kameralnych okolicznościach. Koncert z miejscami siedzącymi, z akompaniamentem perkusisty z zespołu Meli Koteluk, Roberta Rasza i byłego klawiszowca tegoż – Miłosza Wośko. Dlaczego było dziwnie? Bo całość brzmiała tak mało spontanicznie i mało… rockowo, że poczułem się odrobinkę rozczarowany. Występ sprzed prawie trzech lat w ramach LDZ Alternatywa rozbudził we mnie nadzieje na jeszcze jeden, równie energetyczny koncert, z motoryczną sekcją rytmiczną, alternatywnym pazurem. W Wytwórni było trochę jak na recitalu piosenki poetyckiej. Raczej statycznie, bez większych szaleństw, choć z bezbłędnym odegraniem materiału z najnowszej płyty Rykardy i kilku kawałków z poprzednich albumów. Po koncercie mały bonus – pierwsze winylowe egzemplarze The Color of Destruction, jeszcze przed oficjalną premierą w sklepach muzycznych. I kolejny autograf.

Zaciekawiło mnie, kto przyszedł na koncert Parasol – na moje oko publiczność składała się głównie z ludzi o conajmniej kilkanaście lat starszych ode mnie, raczej poważniejszych niż młodzieńczo-alternatywnych. Nadal nie do końca wiem, z czego to wynikało. Może Rykardzie jednak bliżej do poważnej, “dorosłej” piosenki autorskiej niż King Dude’owi, którego publiczność stanowiła zdecydowanie młodzież (młodsza i starsza, oczywiście), często wystylizowana okołogotycko, mocno w stylu amerykańskiego mrocznego barda, jak reklamował występ świetny plakat Kuby Zasady.