Hellectricity – Odious, Vile, Nasty and Wicked (2016)


Supergrupa Hellectricity po ponad trzech latach fonograficznej przerwy powraca z drugim albumem studyjnym. 
Odious, Vile, Nasty and Wicked to godzinna dawka klasycznego grania hard’n’heavy w znakomitym wykonaniu. Jak widać, nad Wisłą oprócz wysokiej próby death i black metalowych projektów (i równie często doom/stonerowych) można natknąć się na znakomite rzeczy niekoniecznie pasujące do szufladek z ekstremalnym łojeniem.

Dało się w ostatnich latach zauważyć rosnącą popularność mody na rocka w wersji retro – wysyp zespołów grających tradycyjnego hard rocka, często zabarwionego progresywnie, innym razem skręcającego w stronę klasycznego heavy metalu ucieszył z pewnością wielu słuchaczy. Hellectricity – zespół złożony z doświadczonych na polskiej scenie muzyków – z powodzeniem realizuje swoją interpretację brzmień z lat 70. i wcześniejszych… Ale to nie powinno nikogo zbytnio zmylić. Należy do takiego zestawu dorzucić jeszcze nowoczesną, klarowną produkcję i raczej współczesny, gitarowy ciężar. 12 utworów plus orkiestrowe, pompatyczno-westernowe intro. Po gwałtownej zmianie klimatu od razu zwraca uwagę soczyste brzmienie gitar, selektywna produkcja i gościnne partie instrumentów klawiszowych w wykonaniu Pawła Penksy. Często zresztą klawisze grają równie ważną rolę, co gitary, grając z nimi unisono, jak w zadziornym The Squadron, wzbogaconym syntezatorową solówką.Sekcja rytmiczna jest przede wszystkim “skuteczna” – nie błądzi, szukając połamanych rytmów, za to efektywnie napędza kolejne utwory. Wokal Rufusa (znanego wcześniej m.in. z Corruption) to również doskonała wizytówka Hellectricity i składnik znacząco wpływający na przebojowość piosenek kapeli. Weźmy choćby Last Dance with Mary Jane – wgryzający się w głowę refren, idealny do chóralnego śpiewania na koncertach. Kolejny plus albumu to umiejętne żonglowanie nastrojami – zaprezentowany jeszcze przed premierą Ready to Go to dobry przykład bujającego, ciężkiego grania, trochę jakby zainspirowanego boogie. Ten klimat wraca jeszcze w równie dobrym UndertowOn the Verge of Dusk z kolei wprowadza sabbathowo-doomową atmosferę ze szczyptą bliskowschodniej melodyki w riffach i wokalizach – bardzo udane, przyjemne połączenie. Podobny ciężar dominuje też w Abhorrence, ponownie ze smakowitymi duetami gitarowo-klawiszowymi. W Mockery mamy znów trochę zabawy ze słuchaczem w muzyczne cytaty – więcej nie zdradze, nie będzie spoilerów.

Odious, Vile, Nasty and Wicked to spójny stylistycznie, a przy tym różnorodny w wyjątkowo satysfakcjonujący dla słuchacza sposób. Doskonałe brzmienie i warsztat muzyków, mnóstwo energii w, zdawałoby się, skostniałej stylistyce i chwytliwe kawałki. Takie albumy mnie bardzo cieszą, bo odświeżają hard’n’heavy tak intensywnie, że odruchowo szukam rozpiski z datami koncertów. Dla fanów melodyjnego, ciężkiego grania – absolutny mus!