David Bowie – Blackstar (2016)

Na swoje 69. urodziny David Bowie zafundował nam kolejny w ostatnich latach prezent – album . Blackstar to trochę składanka, ale bardzo spójnie brzmiąca, trochę (nadal) sentymentalną podróż i zestaw nawiązań dla wtajemniczonych w twórczość Mistrza, a najbardziej – efekt połączenia aktualnych inspiracji i artystycznych wizji Bowiego.

Już przed premierą płyty znaliśmy cztery utwory z siedmiu – dwa singlowe (tytułowy i Lazarus), dwa inne też wyszły na singlach i to już w 2014, ale w innych aranżacjach (‘Tis a Pity She Was a WhoreSue (Or in a Season of Crime)). Te pierwsze cztery kawałki dość mocno pływają na odbiór całej płyty. W Blackstar mamy zderzenie trip hopu z klimatem berlińskiej trylogii albumowej Davida, Lazarus to dość klasyczna ballada z przejmującym tekstem i dramaturgią, za sprawą której Łazarz zostaje w głowie na długo. Obydwa utwory można za sprawą oprawy wizualnej (genialne teledyski, pełne szczegółów i symboliki) i tekstowej połączyć, ale z powodzeniem radzą sobie osobno. W kompozycji tytułowej – nawiązania do chrześcijaństwa (albo ogólnie religii), fanatyzmu religijnego, mistycyzmu i mrugnięcie okiem do fanów za sprawą przemyconego w klipie skafandra kosmicznego. Nie zapomnę emocji towarzyszących premierze klipu i próbach interpretacji i odszukania wszystkich detali zawartych w obrazie… W teledysku do Lazarus – obłęd, szaleństwo… jako źródło artystycznej weny? (Zwróćcie uwagę na ozdobioną biżuterią czaszkę na biurku, z klipu do Blackstar…)https://youtu.be/kszLwBaC4Swhttps://youtu.be/y-JqH1M4Ya8

Blackstarowa aranżacja ‘Tis a Pity She Was a Whore z mocną, rockową perkusją, chórkami i jazzowym saksofonem Donny’ego McCaslina (to jeden z elementów spajających muzycznie utwory na ★) jest właśnie… bardziej jazzowa niż ta z 2014 (która kojarzyła się mocno z latami 90. i zabawami Bowiego z breakbeatem i jungle), za to Sue… z jazzrockowej piosenki skomponowanej z Marią Schneider wyewoluowała w mocno rytmiczny, trochę breakbeatowy kawałek. Taka zabawa ze słuchaczem – kto się zorientuje, co się zmieniło i w jakiej kolejności… Nowa wersja Sue (Or in a Season of Crime)) spokojnie mogłaby się znaleźć na wydanym 20 lat temu z hakiem 1. Outside. Najciekawsze jest jednak, że do ostatniego wspomnianego utworu nie czuć, za sprawą spójnej produkcji i elektronicznych smaczków, że każdy jest z innej muzycznej bajki. Później już jednak dotarł do mnie przede wszystkim utwór nr 6 – Dollar Days (co nie znaczy oczywiście, że pozostałe dwa to jakiś spadek formy…).

Bowie zafundował słuchaczom masę emocji pod koniec zeszłego roku i na początku obecnego za sprawą tych teledysków, a teraz i całej płyty. Można się wciąż doszukiwać kolejnych inspiracji, na nowo interpretować utwory i obrazy – fantastyczna rozrywka na wysokim poziomie, artystycznie rzadko osiągalnym dla młodszych kolegów Davida z branży. Brak wywiadów i występów na żywo od dłuższego czasu tylko potęgują atmosferę tajemniczości i swego rodzaju kultu wokół Bowiego – a właściwie sprawnie wskrzeszonej bowiemanii. Nic, tylko się cieszyć, nawet, jeśli ★ nie jest wybitnym albumem, a tylko znakomitym.