Krótko: Semantyka – Cisza (2015)

Debiutancka EPka łódzkiego zespołu Semantyka to idealny materiał na jesiennie wieczory, a zapewne jeszcze lepiej sprawdzi się w małym, zadymionym klubie, przy dobrym alkoholu. No dobra, może i bez używek – ale to ten klimat. Mocno introwertyczny, choć niepozbawiony kąśliwszych momentów.

Cisza to sześć dość ascetycznie zaaranżowanych kawałków, nagranych przez trójkę muzyków: wokalistkę Alicję Migdę, gitarzystę Filipa Żaronia (ci państwo zajęli się również elektronicznymi podkładami i automatem perkusyjnym) i basistę Maćka Matuszewskiego. Elektronika, gitarowe riffy i poezja – wszystko współgra na tej płytce niemalże idealnie. W Bezsilności na przykład z jednej strony elektroniczny bit we frapujący sposób wprowadza lekko nerwowy puls, z drugiej – w tych hałaśliwie gitarowych momentach brakuje mi trochę “żywej” perkusji. Prostego, mocnego, ale akustycznego uderzenia. Przy całej reszcie jednak – w przyjemny sposób wyeksponowanej linii basu, wspomnianej partii gitary i pełnym ekspresji wokalu Alicji – to tylko drobny mankament.

Kolejny plus to teksty: uniwersalne, ale, jak to często bywa w poezji, zapewne osobiste. Warstwa liryczna to najmocniejszy element tych nagrań, dodająca im autentycznego, bardzo autorskiego wymiaru. Dla wielbicieli klimatów singer-songwriter (ale niekoniecznie w formie wokal plus gitara akustyczna) to interesujący kompromis… Choć o kompromisach tutaj raczej nie ma mowy. Nawet, jeśli formuła gitarowo-elektroniczna z damskim wokalem i poetyckimi tekstami nie jest zupełnie nowa, to Semantyka robi swoje na tyle przekonująco, że doszukiwanie się inspiracji i skojarzeń z innymi artystami staje się trochę bezsensowne. Równie dobrze można pomyśleć, że słychać w Ciszy echa Heya z ostatnich kilku płyt, jak i Nicka Cave’a. Do tego odrobinę brzmień shoegaze’owo-postrockowych. Nie jest mrocznie, ale nie jest też optymistycznie. Odbiór i interpretacja treści i brzmień zależą od słuchacza. Warto się skusić i wgryźć się między te wersy i takty.