Armin van Buuren – Embrace (2015)

To pewnie dziwne i trochę naiwne mieć jakieś oczekiwania względem słynnego Holendra, kilkukrotnego laureata nagród DJ Mag, producenta i ikony szeroko pojętego EDM, ze wskazaniem na trance. Głupio pewnie przyznać, że oczekiwało się od Armina van Buurena czegoś w miarę dobrego, co najmniej na poziomie najlepszych momentów Intense… Cóż, miałem nadzieję, że tak będzie. Wyszło znacznie gorzej. Nie fatalnie, tragedii nie ma, ale nie jest tak dobrze, jak mówią o tym entuzjastyczne recenzje z całego świata.


Tradycyjnie tytułowy utwór wyszedł najlepiej, mimo tego, że wcale nie postawiłbym go na równi z Imagine, Mirage czy nawet Intense. Czegoś tu brakuje, w nieprzyjemny sposób się rozłazi, a trąbka (ok, doceniam nostalgiczny, bardzo ładny motyw) jest trochę na siłę dolepiona do reszty. Nie do końca udane fusion, mimo deklarowanej przez van Buurena fascynacji jazzem. Another You? Kolejny krótkotrwały przebój, stylistycznie gdzieś między popem a mocno radiowym housem. Potem jest równia pochyła z minimalnie lepszymi momentami. Zahaczenie o rockowe brzmienia (a raczej radiowo-rockowe) w Heading Up High z gościnnym udziałem holenderskiego zespołu Kensington wyszło całkiem zgrabnie. Znośnie, choć i tak dość kwadratowo, schematycznie wypadł efekt współpracy Armina z duetem Cosmic Gate (Embargo). Looking for Your Name na zakończenie z niejakim Gavinem DeGraw miało być chyba wisienką na torcie. Nie, nie udało się, to tylko smętne kopiowanie własnych patentów na całkiem udane popowe kawałki.

Całą resztę przemilczę. Ponad 70 minut nudy. Wchodzi jednym uchem, wychodzi drugim, zero w tym świeżości, a już na pewno nie ratują tych kompozycji okazjonalne wycieczki w stronę akustycznych brzmień. Jest tak źle, że van Buuren musiał ratować się sesją zdjęciową autorstwa kultowego fotografa gwiazd rocka, Antona Corbijna – nigdy bym tak nie pomyślał, a jednak, tak to wygląda. Embrace to podobno materiał zrealizowany w ciągu ostatnich dwóch lat, czyli w okresie promowania przez producenta ostatniego autorskiego albumu, Intense. Stać go na więcej, jestem tego pewien. Może chociaż formuła widowiskowych koncertów się rozwinie…

Pozycja tej w jakimś sensie kultowej postaci została nienaruszona, jednak Armin van Buuren coraz bardziej przypomina gwiazdy popu i rocka nagrywające słabe albumy tylko po to, żeby wyruszyć w kolejną, gigantyczną, stadionową trasę koncertową. Trochę to smutne.