Soundedit Festival 2015 – relacja z koncertów

Soundedit '15Kolejna odsłona festiwalu producentów muzycznych Soundedit dobiegła końca. W niniejszym tekście parę zdań o koncertach, wieńczących każdy z trzech dni imprezy, której program w ciągu dnia wypełniały przede wszystkim profesjonalne szkolenia branżowe. Koncertach unikatowych i zrealizowanych niemalże doskonale.

Koncerty na zakończenie pierwszego dnia tegorocznej edycji festiwalu producentów muzycznych Soundedit zdominowały brzmienia gitarowe, w dodatku polskie. Program występów na żywo otworzyła śpiewająca gitarzystka The Pau, w towarzystwie… To może za dużo powiedziane, bo Paulinie akompaniowały bity odtwarzane z komórki. Bardzo świeże, drapieżne, punkowe granie. Dużo autentycznej surowizny i mnóstwo gorzkich tekstów, wymieszanych z trochę surrealistycznymi. Punkowe, muzyczne do it yourself z autorskim przekazem – to było na swój sposób poetyckie, lekko awangardowe doświadczenie.

Po The Pau na scenie pojawili się K-Essence; przed właściwym koncertem premierowo zaprezentowali swój nowy klip do utworu Dangerous Man – mam nadzieję, że będzie chociaż małym hitem polskiej części YouTube’a. Tak dopracowanego i przesyconego specyficznym, niegłupim humorem polskiego teledysku, trochę w klimacie Tarantino, dawno już nie widziałem. Kwartet zaprezentował bardzo solidny, rockandrollowy zestaw utworów. Było w ich muzyce bardzo dużo brytyjskiego brzmienia, ale i jakby trochę atmosfery The Doors i… kabaretu. Do tego zwariowana konferansjerka Bartka Księżyka i mamy porywającą całość – szkoda, że ich wcześniej nie znałem! Fantastyczny zespół koncertowy. Poniżej inny klip K-Essence, do jednego z kawałków, które mogliśmy usłyszeć 22 października.

Jako trzeci wystąpili Little White Lies – łódzka grupa rockowa, od kilku lat podbijająca serca słuchaczy. Głupio porównywać, ale można doszukać się analogii chociażby do The Dead Weather… Było dużo przyjemnego klimatu retro rocka, mocno zakorzenionego w bluesie (przesmaczne brzmienia gitary Zbyszka Krenca), z bardzo przekonującym wokalem Kasi Krenc. Znów – świetna kapela koncertowa, z chęcią wybiorę się na ich pozafestiwalowy występ.

Na końcu, chyba trochę dla kontrastu, na małej scenie Wytwórni pojawiło się trio Das Moon. Chropowate, elektroniczne bity, dobarwiane industrialnymi, generowanymi na żywo dźwiękami, zgrzytliwą gitarą i chłodnym, damskim głosem. Nie brakowało jednak trochę punkowego pazura, ożywiającego mechaniczną muzykę. Bardzo ciekawe doświadczenie koncertowe.

Drugi dzień koncertów tegorocznego Soundedit upłynął pod znakiem różnorodnej elektroniki, z naciskiem na pierwszą odsłonę Antologii Polskiej Muzyki Elektronicznej. Ambitny pomysł, realizacja porywająca i wręcz wzorowa. Na początku wydawało mi się, że to spore uproszczenie, w dodatku krzywdzące – bo gdzie artyści, poruszający się w bardziej niszowych obszarach elektroniki, gdzie techno? Dowiedziawszy się jednak, że to dopiero początek, mam nadzieję, że stylistyka tego przedsięwzięcia (o sporej wartości edukacyjnej) zostanie rozszerzona w przyszłych edycjach. Niemniej, wracając do piątkowego wieczoru – było wyśmienicie. Wystąpiło po kolei czterech artystów: Józef Skrzek (szkoda, że tak krótko), Konrad Kucz (nie mogłem się napatrzeć na syntezatory i sekwenser Korga – ogromny plus za realizację koncertu i pracę kamer!), Władysław Komendarek (rzeczywiście istny kosmita – muzyka generowana przez Gudonisa to prawdziwy kosmos) i Kapitan Nemo z zespołem (bardzo rockowe aranżacje, z często wiodącą rolą gitary elektrycznej). Program koncertu pod szyldem antologii polskiej elektroniki zakończył wspólny występ wszystkich artystów, podczas którego muzycy zaprezentowali improwizowany (choć zapewne była to “przygotowana” improwizacja) utwór instrumentalny. Najwięcej jednak zawarto w nim charakterystycznych cech muzyki Komendarka i Skrzeka. Było w nim zatem sporo klasycznego, powiązanego z rockiem progresywnym podejścia do syntezatorowego grania, ambientowe tło, kosmiczne dodatki i narastające, motoryczne tempo, akcentowane przez sekcję rytmiczną i gitarę. Dla tego utworu warto było zajrzeć do Wytwórni – tak wyjątkowa okazja może się już nie powtórzyć!

Zwieńczeniem wieczoru był występ dwojga muzyków z kultowego zespołu OMD, zasłużonego w budowaniu w latach 80. ubiegłego wieku stylu new romantic – Paula Humphreysa i Andy’ego McCluskeya. Obaj panowie imponowali ogromną energią sceniczną, przekładającą się na żywiołowe reakcje publiczności, domagającej się kolejnych hitów Orchestral Manoeuvres in the Dark. Niedomagała za to gitara basowa McCluskeya, co jednak zupełnie nie przeszkadzało w zabawie; nawet to, że OMD wystąpiło w duecie, nie było mankamentem. Dyskoteka? A jakże, na wysokim poziomie, z korzeniami w kraftwerkowych rytmach i brzmieniach, z dopracowanymi melodycznie liniami wokalnymi. Nie do końca mój typ elektroniki, ale trudno zaliczyć tę imprezę do nieudanych.

Sobotni wieczór 24 października okazał się być tym o największej frekwencji i najbardziej uroczystym – obecność sir Boba Geldofa i Wojciecha Waglewskiego, laureatów nagrody Człowieka ze Złotym Uchem była wystarczającą rekomendacją do tłumnego stawienia się w klubie na Łąkowej. Godzinne opóźnienie w harmonogramie sobotniego koncertu nie zraziło na szczęście zgromadzonych słuchaczy. Recital W. Waglewskiego z udziałem gości muzyka i kompozytora – Fisza, Emade, Leszka Możdżera, Marii Peszek i zespołu Voo Voo został odebrany z olbrzymim entuzjazmem publiczności. Szczególnie wielkie brawa rozbrzmiewały podczas wspólnych występów Waglewskiego z Możdżerem (gitara akustyczna, fortepian i głos to jednak absolutnie genialne połączenie, szczególnie w TAKIM wykonaniu) i dłuższego setu Voo Voo (z przezabawnym Mateuszem Pospieszalskim, którego przez większość koncertu rozpierała pozytywna energia, udzielająca się pozostałym muzykom). Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o znakomitych wykonaniach utworów m.in. z repertuaru projektu Waglewski Fisz Emade (w nich na skrzypcach grała Anna Prokopczuk z zespołu Julii Marcell) i Marii Peszek (świetne Moje miasto z duetem wokalnym Wagla i Marii, z fortepianowym akompaniamentem wyjątkowo eleganckiego Leszka Możdżera). Mnóstwo wrażeń muzycznych – od jazzowo-akustycznych, w większości instrumentalnych kompozycji, przez bluesujące, pasujące doskonale do zadymionego baru piosenki po eklektyczne, korzennie rockowe utwory Voo Voo z olbrzymią rolą folku – taki zestaw kawałków i taki skład muzyków je wykonujących również trudno będzie powtórzyć. Słowem – kolejna gratka dla wielbicieli dobrej muzyki, po antologii polskiej elektroniki z poprzedniego wieczoru.

Gdy Voo Voo zeszło ze sceny, pojawił się na niej Piotr Metz z Programu Trzeciego Polskego Radia i zapowiadał kolejnych artystów – zdobywców statuetki Człowieka ze Złotym Uchem, wśród których znalazł się basista Republiki i Wilków, a przede wszystkim producent – Leszek Biolik, a także Wojciech Waglewski i sir Bob Geldof, którego koncert odbył się parę chwil później.

Bob Geldof, Soundedit Festival 2015, Wytwórnia; zdj.: Emilia Dadan
Bob Geldof, Soundedit Festival 2015, Wytwórnia; zdj.: Emilia Dadan

Geldof z towarzyszącym mu zespołem zaprezentował obszerny przekrój przez swoją twórczość, zarówno z okresu The Boomtown Rats, jak i solowej kariery. W setlistę występu wkradło się też parę standardów rock ‘n’ rollowych, nie zabrakło również treściwych zapowiedzi. W nich Bob Geldof opowiadał o kontekście powstania utworów, nawiązując także do swojej działalności społecznej i aktywizmu. Masa energetycznego, klasycznie rockowego brzmienia, wywołującego automatyczny uśmiech na twarzy – czego chcieć więcej? I tak, miło było usłyszeć I Don’t Like Mondays na żywo, w wykonaniu samego autora, tym bardziej, że okazji do tych miłych, nieco sentymentalnych, muzycznych wycieczek nie ma zbyt wiele.

Bob Geldof, Soundedit Festival 2015, Wytwórnia; zdj.: Emilia Dadan
Bob Geldof, Soundedit Festival 2015, Wytwórnia; zdj.: Emilia Dadan

Reasumując: pomimo drobnych niedociągnięć, wynikających w dużej mierze z wypadków losowych, Soundedit to unikatowe, ważne wydarzenie na koncertowej mapie Polski. Nieplanowane opóźnienia w harmonogramie imprezy nie zepsuły niepowtarzalnej atmosfery muzycznego święta. Różnorodne style i gatunki muzyczne, gwiazdy polskie i zagraniczne, a także młodsi stażem, ale obiecujący muzycy plus doskonałe z reguły brzmienie – jak na festiwal producentów muzycznych przystało – to, jak się okazało, prawie doskonały przepis na udany festiwal i niezapomniane wrażenia.

Oby tak dalej – do zobaczenia za rok!