Ursynalia 2015: Unearth, Venflon, Hatebreed, Napalm Death, Guano Apes

Zakończył się kolejny festiwal Ursynalia i zarazem pierwszy, w którym uczestniczyłem. Tegoroczna edycja może nie zaskakiwała lineupem, ale też nie rozczarowała zbytnio – szczególnie, jeśli komuś przypadł do gustu  program drugiego dnia imprezy, podczas którego byłem obecny. Nie dotarłem niestety na ostatni koncert – The Qemists jednak zapewne jeszcze niejednokrotnie pojawią się w Polsce.

Znakomicie wykonany metalcore z długoletnią tradycją (Unearth i Hatebreed), legenda grindcore i death metalu (Napalm Death) i promujący kolejny album po reaktywacji Guano Apes, a między nimi polski zespół Venflon. To było największe zaskoczenie, ale doskonale się wpasowali w taki zestaw. Wystąpili między kapelami metalcore’owymi, prezentując znakomite połączenie grunge’owego brudu i emocjonalności z metalowym ciężarem i groovem a’la Pantera. Członkowie zespołu w koszulkach m.in. Pantery i Gojiry chyba też jednoznacznie wskazują swoje preferencje… Kapela niedługo zaprezentuje nowy singiel, promujący jej drugą płytę. Premiera longplaya planowana jest na wczesną jesień.

Unearth ze swoim melodyjnym metalcorem wypadł bardzo dobrze, choć Amerykanom przypadła chyba niezbyt lubiana przez muzyków rola pierwszego zespołu w lineupie. Coś jeszcze niedomagało brzmieniowo (a szkoda, bo trzy gitary mogłyby zostać lepiej zaprezentowane), a pod sceną wciąż mało ludzi. Przyjęcie jednak mieli ciepłe. To określenie jednak nie wystarczy do opisania reakcji na występ Hatebreed. Godzinnemu setowi grupy towarzyszył ogromny entuzjazm publiczności, co przeniosło się na zwiększenie energii generowanej przez muzyków na scenie. Zachwycony frontman Hatebreed zachęcał do ścian śmierci, tworzenia mosh pitów i wspólnego skandowania, a zgromadzonych fanów nie trzeba było specjalnie zachęcać. Jak wspomniał – 17 godzin podróży do Polski było warte zagrania tak dobrego koncertu. Oby zagrali w naszym kraju jeszcze nieraz – to doskonały zespół koncertowy.

Napalm Death chyba zebrali energię zgromadzoną podczas występów trzech poprzednich zespołów, pomnożyli ją przez swoje sceniczne doświadczenie i zagrali morderczo precyzyjny, choć szalony set. Półminutowe, ultraszybkie strzały i miażdżące, deathowo-grindowe riffy, a do tego konferansjerka z komentarzami społeczno-politycznymi, streszczającymi treść granych kawałków. Utwory nagrane przez ten kultowy zespół są (nie)stety wciąż aktualne – problemy społeczne jak widać są ponadczasowe. Na szczęście piekielnie dobra, ekstremalna muzyka również.

Pół godziny po Napalm Death scenę zajęli Niemcy z Guano Apes, z charyzmatyczną wokalistką Sandrą Nasić na czele. Jej wizerunek sceniczny, ilość energii, jaką przekazuje publiczności i wciąż świetny wokal przyćmiły wyraźnie gorsze dwie ostatnie płyty. Inny charakter muzyki zawartej na Bel Air i Offline jednak nie przeszkadzał specjalnie na koncercie – wciąż było to bardzo przebojowa, gitarowa muzyka, choć często z bardziej tanecznymi rytmami. Szkoda jedynie, że upragnionych przez starszych fanów grupy jej dawnych przebojów nie było tak wiele. Mimo to, usłyszenie na żywo, pod sceną, You Can’t Stop Me, Open Your Eyes czy Big in Japan (te dwa ostatnie niestety już z dala od barierek) było zdecydowanie satysfakcjonujące. Uśmiech na twarzy gwarantowany, wspomnienia – bezcenne.

Organizacyjnie całkiem sprawnie zrobiona impreza, choć nadal nie jestem przekonany do równoległych występów na “małej” i “dużej” scenie. Trochę szkoda, że tylko rzuciłem okiem i uchem na Open Stage, bo  zespoły grające tam w sobotę wydawały się warte poświęcenia większej uwagi. Cóż, może za rok będzie to rozwiązane inaczej – na przykład naprzemienne koncerty na dwóch scenach.

Zdjęcia z poniższej galerii dostępne są również na flickr.

[envira-gallery id=”1093″]