Krótko: Ray Wilson, Manufaktura, Łódź, 16.05.2015

Mimo niezbyt ambitnej okazji (urodziny centrum handlowego), bezpłatnego wstępu i trochę jarmarcznego otoczenia wokół sceny wybrałem się, by kolejny raz zobaczyć byłego wokalistę Genesis na żywo. Ray Wilson z zespołem zagrał prawie dwugodzinny, nasycony rockowymi brzmieniami set.

Tak, jak szkocki (choć coraz bardziej poznański) wokalista zapowiadał, w Łodzi zaprezentowany został bardzo rockowy zestaw utworów. Składowi nie towarzyszył kwartet smyczkowy, za to pojawił się saksofonista, przyjemnie wzbogacający gitarowe riffy. Tradycyjnie nie zabrakło klasycznych utworów Genesis z Mama, Land of Confusion czy Follow You Follow Me na czele i solowej twórczości Phila Collinsa (In the Air Tonight i Another Day in Paradise). Wilson sięgnął też po piosenki nagrane z formacją Stiltskin i te sygnowane tylko własnym nazwiskiem (choć zarejestrowane właściwie z wymienionym wyżej zespołem) – American Beauty, Take it Slow czy (dla mnie) niespodzianka – tytułowy kawałek z albumu She. W ramach fragmentu akustycznego zespół zagrał też utwór najbardziej znany pod tytułem Yet Another Day – trance’owy klasyk Armina van Buurena, oryginalnie wydany na płycie Millionairhead pod szyldem Ray Wilson & Cut_. Niezamierzenie muzycy zrobili mi mały prezent, bo marzyłem o usłyszeniu tej piosenki na żywo. Koncert zwieńczyła moja ulubiona kompozycja Genesis z Rayem jako wokalistą, Calling All Stations i cover standardu Boba Dylana, Knockin’ On Heaven’s Door.

Mimo warunków – piękny, choć nieco sentymentalny wieczór, przywołujący wiele dobrych wspomnień. Najbliższego koncertu Raya Wilsona w Łodzi – biletowanego – tym razem nie przegapię, jeśli tylko zostanie ogłoszony. Wykonawczo wciąż wymiata, wokalnie jest w niezmiennie doskonałej formie. Ten facet chyba się nie starzeje.