Zderzenie światów

Tytuł dzisiejszego wpisu brzmi dość patetycznie, prawda? Ta przesada była jednak zamierzona. Nieraz bowiem trudno inaczej określić łączenie muzyki elektronicznej z poważną. Poważną, bo graną przez klasycznie wykształconych muzyków, na klasycznych, “analogowych” instrumentach. Czy zawsze takie zderzenie skrajności brzmi… poważnie? Często jest tak przesadnie przesiąknięte patosem, że graniczy z banałem. Przedstawię kilka przykładów, które są wyjątkami od reguły – choć oczywiście nie wszystkim przypadną do gustu.

Czasem orkiestra pełni w takich nagraniach rolę tła, czasem przejmuje znaczną część aranżacji i zastępuje wiele brzmień syntetycznych. Równowaga jest jednak najciekawsza. O takiej harmonii można mówić chociażby w przypadku dzieła Klausa Schulze Irrlicht (1972) – debiutanckiego, solowego albumu niemieckiego kompozytora. Fragment płyty, Gewitter:

Skrzypce, wiolonczele, kontrabas, flety, oboje… plus instrumenty elektroniczne, gitara, perkusja. Pełny tytuł brzmi, w przekładzie na angielski, Will-o’-the-wisp: Quadraphonic Symphony for Orchestra and Electronic Machines i było to jedno z pierwszych podejść do łączenia muzycznych epok – przede wszystkim w postaci wtedy wciąż świeżego elektronicznego przetwarzania brzmień “klasycznych” instrumentów. Co Wam to przypomina? Ambient? Tak – to właściwie coś w rodzaju proto-ambientu. Takie patenty później będą wielokrotnie stosowane i interpretowane…

…chociażby tak, jak zrobił to parę lat temu niemiecki (znów!) producent muzyki elektronicznej, Ben Lucas Boysen, znany również pod pseudonimem Hecq. Fragment albumu Night Falls (2008), utwór Bending Time:

Mroczna, zatopiona w “głębokiej” produkcji z wyraźnym pasmem basu i wybijającymi się na pierwszy plan dźwiękami fortepianu. Reszta płyty utrzymana jest w podobnym tonie. Nie brakuje bardzo glitchowej elektroniki, dyskretnie zarysowanych automatami perkusyjnymi rytmów i oszczędnych melodii. Można narzekać, że brakuje na Night Falls bardziej zapadających w pamięć momentów, ale moim zdaniem nie o to chodzi. W tej muzyce trzeba się zatopić, wejść w nią… Dla mnie ma jednak tak depresyjny klimat, że względnie rzadko sięgam po te kompozycje. Niemniej jednak – warto, pomimo tej pozornej monotonii.

Geir Jenssen (Biosphere) 12 lat temu wydał Shenzhou – płytę z charakterystycznym ambientem: dużo bardziej minimalistycznym, niż jego poprzednie albumy i zarazem o dusznej, gęstej atmosferze. Zawiera przetworzone, zapętlone sample z kilku orkiestrowych dzieł Claude Debussy’ego. Wciąż myślę, że to najmniej udany album Jenssena, bardziej ciekawostka w jego dyskografii, choć nadal całkiem ciekawa.

Z mieszania elektroniki z brzmieniami orkiestrowymi, a czasem też chórami i rockowych składów znany jest oczywiście także Jean Michel Jarre, pionier elektroniki, dzięki któremu ten rodzaj muzyki trafił pod strzechy. Dziewięć lat temu w Gdańsku z okazji 25-lecia Solidarności odbył się koncert, który może i nie był najlepszy w karierze Francuza, ale w jego setliście znalazł się całkiem udany cover Murów barda Jacka Kaczmarskiego. Chór i orkiestra podlane mocnym, elektronicznym sosem i wyraźnym rytmem.

Pora na bardziej rozrywkową część tekstu. Fani EDM (Electronic Dance Music) na pewno znają Paula van Dyka, DJa i producenta znanego przede wszystkim z przynajmniej kilku znaczących, trance’owych kawałków i całkiem równych albumów, od dekady odchodzącego od jednoznacznego szufladkowania własnej twórczości. Część z niej można właściwie nazwać synthpopem… Ponad pięć lat temu zrealizował z kolei dość odważny, a zarazem świetnie wyprodukowany i wykonany eksperyment – koncert z orkiestrą symfoniczną pod batutą amerykańskiego dyrygenta pochodzenia estońskiego, Paavo Järvi. Efekt możecie zobaczyć i przesłuchać tutaj:

Porywające aranżacje, sporo przebojów, w tym genialna wersja trance’owego standardu, For an Angel. Mus dla osób, które nie są przekonane do “surowej” wersji tego stylu, a nawet jakakolwiek odmiana EDM powoduje u nich odruch zakrywania uszu. To chyba najbardziej udany mariaż tanecznej elektroniki z orkiestrą, pomijam zatem podobne próby podejmowane chociażby przez Holendrów Armina van Buurena i Tiësto.

Na koniec tekstu coś… modnego. Dubstep, choć od dobrych paru lat obecny w różnych formach w świadomości fanów muzyki elektronicznej, do mainstreamu wszedł w najbardziej rozpoznawalnej, hałaśliwej i niemal metalowo agresywnej postaci. Brytyjskie trio Nero, zdobywcy nagrody Grammy i czołowi przedstawiciele gatunku, w czerwcu 2011 współpracowali z orkiestrą BBC Philharmonic (dyrygent: Joe Duddell).

Jeśli znacie inne przykłady ciekawych, muzycznych “zderzeń”, dajcie znać w komentarzach. Tradycyjnie udostępnianie notki jest bardzo mile widziane.

Do następnego wpisu!

5 Replies to “Zderzenie światów”

  1. Te pierwsze przykłady, które podałeś, nie za bardzo do mnie trafiają – jak mi się wydaje, mózg mam zbyt prosty, by zrozumieć i zatopić się w transowe brzmienia, klasyka nuży mnie (chyba, że jest wykonywana na żywo), zaś ich połączenie ogólnie rzecz biorąc mi dupy nie urywa (brakuje beatu?).
    EDM zdecydowanie bardziej, choć ten znowu jest dla mnie zbyt nachalny. Wolę raczej rzeczy z gatunku IDM, choćby takie:

    Autechre – Dropp https://www.youtube.com/watch?v=hWGUnrIiOoI

    Łączenie muzyki symfonicznej z elektroniką to ogólnie mocno nadużywana rzecz przez elektroników, ale dwa przykłady ładnie wkomponowanej są tu:

    Panzer AG – When I Am You https://www.youtube.com/watch?v=bHsCMORlIrQ

    i

    Front Line Assembly – Transmitter https://www.youtube.com/watch?v=aQcYzjlxwk0

    No i nie można zapominać o klasyku z 5 elementu :
    https://www.youtube.com/watch?v=IoW_ZOfsrzA

Comments are closed.