Szczypta jazzu

39854_5688W środę, 30 kwietnia, jak dowiedziałem się dopiero wieczorem tego dnia, był ustanowiony ledwo 2,5 roku temu przez UNESCO Międzynarodowy Dzień Jazzu. Nigdy (ok, prawie nigdy) nie mam pamięci do dat takich świąt, więc i tego w głowie nie miałem. Nigdy też nie uważałem się za specjalistę od jazzu – to jeden z tych gatunków muzyki, do których podchodzę wyjątkowo „na czuja”, intuicyjnie, bez większego analizowania. Przyznaję jednak, że również w przypadku jazzu uwielbiam wszelkie detale, szczegóły w kompozycjach i samym brzmieniu. Taki paradoks. Właściwie pisanie notki o jazzie to niezbyt mądry pomysł – to na tyle różnorodna szufladka, mieszcząca w sobie skrajnie odmienne style, że nie dałoby się w kilkunastu-kilkudziesięciu zdaniach opisać całego spektrum tego pojęcia. Da się za to streścić własny zakres tej muzyki, w który już zdążyłem się zagłębić i do którego co jakiś czas powracam.

Swoją przygodę z jazzem zacząłem, o ile dobrze pamiętam, od muzyki Kanału Audytywnego. Dla mnie zawsze Kanał był bardziej kolektywem jazzowym niż hiphopowym składem. Dowodzona przez L.U.C.-a formacja mieszała beaty i elektronikę z jazzową improwizacją i psychodeliczną atmosferą. Neurofotoreceptoreplotyka jako magia bytu, trzeci album KA, to idealny wręcz przykład na mistrzowskie połączenie rapu z jazzem – w wersji polskiej. Odjechane, mocno surrealistyczne, a czasem refleksyjno-filozoficzne teksty, do tego nieszablonowe, bardzo organicznie brzmiące kompozycje.

Dużo później pojawił się w moim życiu twór o nazwie The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble. Twórczość tego projektu to wypadkowa ambientowej elektroniki, jazzu i, w jakimś stopniu, muzyki filmowej – zgodnie z inspiracjami autorów kompozycji, nawiązuje klimatem do klasycznych horrorów. Niepokojąca, mroczna atmosfera, snujące się wokalizy i nierzadko piękne, delikatnie zaznaczone melodie, a przede wszystkim nieokreślona melancholia i depresyjny smutek, spowijający każdy takt utworów TKDE. Trzon osobowy projektu tworzy jego alternatywne, wyłącznie koncertowe wcielenie – The Mount Fuji Doomjazz Corporation, zgodnie z nazwą prezentujące cięższą i trudniejszą w odbiorze muzykę, bliższą dark ambientowi.

W międzyczasie poznałem (i wciąż poznaję) klasykę jazzu – płyty Milesa Davisa, Johna Coltrane’a, Charlesa Mingusa czy Herbiego Hancocka. Nacisk położyłbym na pierwszego z wymienionych artystów, absolutnego geniusza, współtworzącemu kanon gatunku, poruszającemu się w wielu jego stylach i dobierającemu do współpracy przy nagraniach równie genialnych muzyków. Kind of Blue – chłodna, kojąco spokojna i w jakiś nieludzko precyzyjny sposób doskonała płyta to chyba mój ulubiony album Davisa w tej chwili. Nie sposób pominąć poza nim Bitches Brew – pozornie chaotycznego, nieokiełznanego zbioru dźwięków, oszałamiająco zmiksowanych i wyprodukowanych. Ten album był dla mnie sporym odkryciem, tym bardziej, jeśli zwróci się uwagę na to, kiedy został nagrany – 45 lat temu…

Mój jazzowy zestaw zawiera też chyba dość oklepane nazwy i nazwiska, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę polską muzykę – w szczególności Pink Freud i Leszek Możdżer. Tych pierwszych cenię za niezmiennie frapujące połączenie rockowej energii z jazzową swobodą interpretacji:

Leszka Możdżera zaś – uwielbiam przede wszystkim za album The Time wydany pod szyldem Możdżer Danielsson Fresco, z zachwycającą przy każdym odsłuchu interpretacją Smells Like Teen Spirit:

Piękno w czystej postaci, cudownie, delikatnie zagrane, kontrastujące z chropowatym i agresywnym oryginalnym wykonaniem Nirvany.

Skoro już jesteśmy przy nawiązaniach do rocka, na koniec jeszcze jeden projekt jazzowy, który mnie ostatnio zafascynował – norweski Shining. Może dlatego, że to nie czysty jazz, a przedziwne fusion, mieszanka jazzu z metalem i punkiem, okraszona mocnym, zadziornym brzmieniem.

Te sześć przykładów wystarczy, żeby w dość dużym skrócie nakreślić mój stosunek do jazzu, tym bardziej, że co jakiś czas w moje ręce wpadają nieznane mi wcześniej albumy – jak już wspomniałem, od klasyki po nagrania z XXI wieku, od “czystego” jazzu po mieszanki z elektroniką i rapem.

Zdjęcie ilustrujące wpis: © Mirko Delcaldo