Cynic – Kindly Bent to Free Us: Bez rewolucji…

Cynic - Kindly Bent to Free UsPo ponad pięciu latach ukazała się trzecia pełnowymiarowa płyta amerykańskiej grupy Cynic – zespołu niemalże kultowego, a już na pewno uznanego i wpływowego. Status ten zawdzięcza przede wszystkim debiutanckiemu albumowi, doskonale wpisującemu się w kanon progresywno-metalowych dzieł lat dziewięćdziesiątych. Fonograficzny powrót w 2008 roku za sprawą Traced in Air, w nieco lżejszej, odleglejszej od ekstremalnego metalu odsłonie, potwierdził klasę duetu Paul Masvidal i Sean Reinert.

Odświeżenie brzmienia i podejścia do muzyki nie zmieniło na szczęście w jakiś drastyczny sposób stylu grupy – nie sposób było pomylić go z innym zespołem. Po Traced… grupa wydała dwie EPki: Re-Traced, ze swego rodzaju remake’ami kawałków z poprzedniego krążka i Carbon-Based Anatomy – bardzo udaną wycieczkę artystów w kierunku muzyki świata i ambientu, zmieszanego z Cynicowym progmetalem. Ambitne, eksperymentalne dzieło, które jednak nie miało zbyt wielkiego wpływu na tegoroczny album, Kindly Bent to Free Us.

Sam fakt zapowiedzi nowej płyty i jej premiery spowodował zapewne u fanów formacji (nie tylko tych z nastawieniem sentymentalnym) przypływ endorfin i niecierpliwe wyczekiwanie na świeżą porcję muzyki. W międzyczasie zespół uchylał rąbka tajemnicy, wypuszczając jeszcze przed premierą pierwsze trzy kompozycje z listy utworów. Miałem mieszane uczucia słuchając tych fragmentów albumu – z jednej strony to przecież dobrze, bo trochę słychać w nich stary, dobry Cynic, jednak po tak znakomitej, względnie mało metalowej odskoczni na wspomnianej EPce troszkę się rozczarowałem. Ta płyta to dla mnie dość ciężki orzech do zgryzienia. Pomimo tego, że jest bardzo solidnym, świetnie zagranym i wyprodukowanym longplayem, to pozostawia nieodparte wrażenie, że jego autorzy zaczęli już nadgryzać własny, twórczy ogon. Cynic na każdym z wydawnictw w jakiś sposób zaskakiwał – pomysłami (choćby i były nie do końca przekonujące), brzmieniem, aranżacjami. Na trzecim studyjnym albumie niestety brak jest większych niespodzianek w powyższych kategoriach. Już chyba trudno jest odkrywać muzyczną Amerykę, nawet w tak pojemnej szufladce, jak progresywny metal, jednak Kindly Bent… jest… przewidywalny. Jedyne znaczące zmiana to brak growlowania i bardziej rockowe brzmienie – ale tylko wtedy, jeśli pominiemy wspomniane już EPki. Nie ma nic z dawniejszego żonglowania skrajnościami, zabrakło pazura i pierwiastka szaleństwa.

Gdyby to był debiutancki album młodego zespołu, byłby pewnie uznany za doskonały początek kariery. W przypadku Cynic i tak doświadczonych muzyków odczuwam niedosyt. Być może naiwnie i nie do końca oczekiwałem jakiejś nowej, muzycznej rewolucji? Nawet te niewielkie wpływy ambientowo-egzotycznych inspiracji z ostatniej EP nie ratują Kindly Bent to Free Us. To boli.

Okładka płyty z fanpage’a Cynic na FB.